MOJE PIERWSZE CHWILE W AFRYCE

2027_1Preludium spotkania z Czarnym Lądem nastąpiło w momencie wymiany pasażerów w samolocie, który lecąc z Brukseli do Kigali po drodze wylądował w Entebbe (Uganda). Stamtąd już niespełna godzina lotu do stolicy Rwandy. Jednak od tego momentu, większość pasażerów to Afrykańczycy. Nie tacy zeuropeizowani, ale prawdziwi afrykańscy Afrykańczycy. Wiadomo, nie wszyscy Afrykańczycy mogą sobie pozwolić na podróż samolotem, więc z pewnością była to grupa ekskluzywna, za to językowo wcale nie mniej reprezentatywna. Już nie sposób uchwycić cośkolwiek ze słyszanych rozmów, a nawet nadać nazwę tym językom, którymi się posługują współpasażerowie. Pomimo, że rejs jest obsługiwany przez „Brussels Airlines” od tego momentu europejscy podróżni bynajmniej nie czują się „jak u siebie”.
Wreszcie nadchodzi ten moment. Wychodząc z samolotu robię pierwszy głęboki wdech nieklimatyzowanym powietrzem. Jest ono nie tylko ciepłe, ale wilgotne i słodkie. To magiczny moment, który za jakiś czas przerodzi się w codzienność nie tracąc nic ze swej atrakcyjności.
Na kameralnym lotnisku czeka niekameralny komitet powitalny. Moi współbracia: Maciej, Amadeusz i Bartek. Są to moi pierwsi mistagodzy tajemniczej Afryki. Wsiadamy w samochód i mała rundka po stolicy, która – trzeba przyznać prezentuje się całkiem komercyjnie. Kigali „by night” – bez żadnych kompleksów może konkurować z europejskimi stolicami mniejszych krajów. Pomimo późnej pory miasto żyje, a wigoru dodają mu liczni motocykliści, którzy nas mijają z prawej i lewej strony. Wrażeń jest wiele, ale są to wrażenia spokojne.
Kolejną odsłoną Afryki jest Liturgia. Było to następnego dnia po przejeździe. Rytmiczny śpiew na rozpoczęcie celebracji budzi mnie lepiej niż alarm zegarka i przypomina mi gdzie jestem. Jednak najsilniejszym jak do tej pory zaskoczeniem jest moment przeistoczenia w czasie Eucharystii. Właściwa tej chwili postawa adoracji zostaje wyrażona klaskaniem. To moje misyjne prymicje – pierwsza Msza św. celebrowana przeze mnie w Afryce. Miała ona  miejsce w klasztorze sióstr karmelitanek bosych w Nyamirabo (przedmieście Kigali). W momencie podniesienia Ciała i Krwi Pańskiej w kaplicy rozległo się delikatne „bravo”, które nie miało w sobie nic z szalonej owacji, ale było uczczeniem realnej obecności Boga pośród swego ludu. Chwila, którą do tej pory przeżywałem w ciszy i skupieniu (ewentualnie z akompaniamentem dzwonków), teraz jest wypełniona pełnym szacunku i taktu klaskaniem przed Najświętszym Ciałem i Krwią Pańską.
Gdybym miał podsumować pierwsze dni bycia tutaj w jednym zdaniu, napisałbym śmiało: Człowiek jest przepiękny. Jest on darem dla tego świata i koroną stworzenia. Pomyślmy chociaż, czym byłby świat bez Polski czy też bez Rwandy?
W przeciągu tych kilku dni noszę w sobie  myśl, że Rwanda – nawet po wielu latach zamieszkiwania musi pozostać tajemnicza. Ma swoją dostojną niedostępność. Nie jest to izolacja, ale coś w rodzaju królewskości. Królewskość, której w żaden sposób nie uwłacza skrajne ubóstwo.
Po miesiącu pobytu w Butare, gdzie mieści się nasz dom rekolekcyjny, Postult i Nowicat, i po załatwieniu wszystkich czynności związanych z wizą wyjadę na parafię pw. Bożego Miłosierdzia w Gahunga. Jest to wioska położona w północno zachodniej części Rwandy tuż przy granicy z Kongo w pobliżu wielkich wulkanów. Tam rozpocznę naukę lokalnego języka kinyarwanda. Prawdopodobnie słuchanie Rwandyjczyków jest o wiele przyjemniejsze niż poznawanie struktury gramatycznej ich języka. Jednak bez kinyarwanda nie będę nigdy w stanie potargować się na bazarze o cenę jakże słodkich bananów.
Paweł Porwit OCD